|
Cygan Garbo zbladł jeszcze bardziej |
||||||||||
|
||||||||||
|
Przytuliła się w cień pod płot i zajrzała do środka A może się jeszcze trafi kto drugi z pieniędzmi Śliczna łąka, jak amen tak pewne dwa pokosy w rok żebym tak miał grosz zapaśny westchnął oblizując się kiej kot do mleka Posiedzisz se i ty, panie urzędniku, posiedzisz Ale tego już było za wiele la obojga, że kiej wilki skoczyli na nią pierwsza wójtowa chlasnęła ją kijem przez pysk i z dzikim kwikiem w kudły się wczepiła pazurami, zaś wójt jął prać pięściami, kaj popadło Hanka przysłoniła oczy od słońca, ale nie mogła rozeznać, dopiero z bliska poznała Józkę, która leciała, jak jeno mogła, już z dala krzycząc i wytrząchając rękami: Hanuś Antek wrócili Hanuś Hanka prasnęła motyczką i porwała się kiej ptak do lotu, ale się w mig opamiętała, opuściła podkasany wełniak i chocia ją ponosiło, chocia serce się tłukło, że tchu brakowało i ledwie poredziła przemówić, rzekła spokojnie jakby nigdy nic: Róbcie tu same, a na śniadanie przychodźta do chałupy Jeszcze by wydziwiali nad nim, a cieszyli się między sobą z jego poniżenia i biedy, niedoczekanie ich Ostał na mrozie, przysiadł pod młynicą, gryzł chleb i wodził oczami po tartaku, któren stał nad samą rzeką, węgłem ino przywarty do szczytu młyna, że woda z czterech kół waliła pod niego grubym zielonym wałem i poruszała piły W jednej chwili zsunęli się po stromym spadku góry i pomknęli w kierunku lasu Noc była jasna, rozgorzała miesięczną poświatą, drzewa kładły długie, zgoła niebieskie, przesrebrzone cienie, mróz taki ściskał, że raz po raz słychać było trzaskanie żerdek i jakby cichy, przejmujący skowyt niósł się po roziskrzonych śniegach, cichość martwa, zeskrzytwiała tuliła świat cały, wieś już spała, ani jedno okno nie błyskało światłem, ni pies nie zaszczekał, ni młyn nie turkotał, nic jeno od _karczmy dochodził schrypły śpiew Jambroża, któren swoim zwyczajem wyśpiewywał na środku drogi, ale słabo kieby przez sen Chcę zamieszkać na mojej wyspie Langöy Pitt Hardful, nie namyślając się ani chwili, przyrzekł spełnić jej życzenie i wybałuszył oczy Nie mógł już zasnąć; siadł na łóżku i myślał o pogrzebie starej hrabiny Trzeba szczególnej umiejętności, aby nimi kierować jak mogła oddać swoje dziecko w obce ręce Co jej dolega Nie wiem Po co, w jakim celu Ludzie złej woli dybią na życie hrabianki, przyprawili ją o szaleństwo Tak Nieboszczyk dziadek, jak sobie przypominam, był u babki czymś w rodzaju ochmistrza Herman zbliżył się do stołu To niemożliwe, żeby to ukrywanie, te wybiegi trwały wiecznie Cygan Garbo zbladł jeszcze bardziej Górne szalowanie zapadało się widocznie, słychać było nagłe łoskoty, krótkie odgłosy upadku, po których następowało głębokie milczenie Przechadzka trwała pół godziny Och, to do mnie pite? spytał Stefan Pokój miał chłodną czystość jadalń, w których jada się skromnie Chcąc ją wystraszyć krzyczeli głośno wymachiwali rękami Później uwiązali ją za szyję, a kiedy się zmęczyła, ciągnęli za sobą jak wózeczek to na brzuchu, to na grzbiecie Sztygarzy, ochrypli od nawoływań, błagali zbuntowanych, aby zachowali rozsądek i nie przeszkadzali zjeżdżać tym, którzy mają po temu dobrą wolę Lecz wydawało się mimo to, że można już do nich wyciągnąć rękę Zamilkli wstrząśnięci i pozwolili wreszcie odsuwać się krok za krokiem, lecz trzeba było podwoić ilość strażników, którzy ich powstrzymywali, gdyż mimo woli powracali na dawne miejsca, jak gdyby przyciągała ich jakaś siła Od Plucharta powiedziała Moi piękni kochankowie będą na mnie wściekli, a pan Emil nie wytrzyma i poszuka ze mną zaczepki Miłego ma pan sekretarza powiedziała Gilberta Emilowi Jeśli go zgładzisz, spotka cię kara Słyszał przez drzwi terkotanie kołowrotka i nigdy jeszcze żadna muzyka milej nie zabrzmiała mu w uszach Byłabym to zrobiła, choćby za cenę życia Teraz wszakże Teraz wszakże? Co teraz? zapytał pan Antoni ukazując się nagle zza zakrętu osłoniętego gąszczem dzikich krzewów i uśmiechając się z wrodzoną mu prostotą i ufnością Poza Châteaubrun nie ma nigdzie nic pięknego, dobrego, pożytecznego i zdrowego Niech mi więc pani nie odmawia tego szczęścia, bym mógł jej usłużyć Wobec czego proszę Panią o pozwolenie stawienia się znów u Państwa, by tym razem poprosić Ojca Pani o Jej rękę dla mego syna, z chwilą gdy syn mój upoważni mnie całkowicie do tego kroku Na cóż zresztą zda się kłamstwo tchórzom? Czyż może im zapewnić szczęście, spokój? Jeśli nawet przysięgnę ojcu, że zmienię wiarę, że uwierzę w nieuctwo, w błędy, w niesprawiedliwość, w szaleństwo, że zacznę nienawidzić Boga w ludzkości, pogardzać tym, co ludzkie we mnie, czyż nastąpi w mojej duszy jakiś potworny cud? Czyż zmieni to moje przekonanie? Czy przekształcę się nagle w obojętnego i dumnego egoistę? Kto wie, Emilu! W złem tylko początek jest trudny; i ten, kto oszukuje ludzi, w końcu może nawet oszukać sam siebie Słuchaj, matko powiedziała mi (bo ona mnie zawsze tak nazywa; biedne dziecko nie pamięta własnej matki i kochało mnie zawsze, jakbym to ja ją urodziła, choć podobne jesteśmy do siebie nie przymierzając jak róża do pokrzywy) słuchaj, matko powiada te hafty, te rysunki, te wszystkie bzdury, których mnie uczono w klasztorze, na nic się tu nie zdadzą |
||||||||||
|
|
||||||||||