|
Kapitanie Nilsen mówił dalej |
||||||||||
|
||||||||||
|
A tu zwiesna nadeszła, śniegi rychło spłynęły, role podeschły, ziemia aż się prosi o obróbkę, czas na orki, czas na siewy, czas na wszystkie roboty, a robić nie ma kto Wójt jeno ostał, kowal i tych kilku staruchów ledwie się ruchających, a z parobków jeden ino głupawy, Jasiek Przewrotny A tu i czas przychodzi rodów, że już poniektóre zległy, krowy się też cielą, lągi wszędzie, o chłopach też trza myśleć i podwozić im to pożywienie, to grosz jaki albo i tę czystą koszulę, a roboty innej tyla, że już i nie wiada, za co się przódzi brać, samym przeciech nie uradzi, a najemnika dostać nie można po drugich wsiach, boć kużden sobie przódzi obrobić musi Nie puszczą ich to rychło Bóg ta wie kiedy Jeździł do urzędu ksiądz, jeździł i wójt i powiedają, że kiej śledztwa skończą, to ich popuszczają, że to sądy mają być później, ale już trzy niedziele przeszło, a jeszcze ni jeden nie wrócił Wzrok jego spotkał się z jarzącymi źrenicami Olafa Nilsena Czego się to głupiemu zachciewa mruknął Boryna, przeżegnał się i poszedł pieszo, bo liczył, że się po drodze przysiędzie do kogo jakoż i zaraz tak się stało, bo tuż za karczmą dopędził go organista, jadący bryczką w parę tęgich koni Pomogę ci, Jaguś szepnął cichym głosem i poszedł przodem, a tak robił łokciami, że Jagna swobodnie szła za nim wskroś ciżby, ale gdy weszli między płócienne kramy, dziewczyna zwolniła, przystawała i aż jej oczy To ci śliczności, mój Jezus kochany szeptała przystając przed wstążkami, które uwieszone w górze, kołysały się na wietrze niby tęcza paląca Nie damy Nie damy huczeli, aż się karczma zatrzęsła od mocy Bójcie się Boga, dyć przyjdźcież wieczorem, a znajdzie się jeszcze w chałupie jaki korczyk ziemniaków Przede mną, być może, jeszcze lata całe walki z przeciwnościami, ciężkie zawody, wybuchy radości i mrok rozpaczyUcisz się serce, bij równo i spokojnie czy to w chwili szczęścia, czy w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa Z zadumy wyrwały go kroki dwojga ludzi na dole, tuż pod mostkiem Może i prawda, jeno że ten grób z chłopem i dzieciskami lepszy niźli wolność w pojedynkę I tak me już noszą kiej psy tę zdechłą owcę Kapitanie Nilsen mówił dalej Pani Linde (szeptem Proszę wejść To wiem Czy miał pan do tego prawo Kto miał czy mógł mi zabronić Ja Mimo to będę walczył Co się stało Niechże hrabia wstanie Hrabia pozwoli, że mu pomogę Pani Krystyna Linde Helmer Już Czy to pani robota szydełkowa Pani Linde bierze robótkę Tak, dziękuję, byłabym zapomniała ją zabrać Będziemy musieli wyzwolić się od tego Wolniej, wolniej Taka buteleczka, to może, bracie, sto lat leżeć W miarę jak Maheu i Stefan zagłębiali się pomiędzy czekających, czuli wzbierający wokół nich głuchy gniew No, ale przecież musimy wracać, obiad czeka powiedziała pani Hennebeau z pasją Chodź tu powtórzył Stefan bo jak nie, to zawołam żołnierzy i utną ci głowę Było to cierpienie bez ratunku, ukryte pod pozorami sztywnej grzeczności, cierpienie człowieka o czułym usposobieniu, którego ominęło szczęście rodzinne Towarzystwo zwraca niektórym książeczki i grozi sprowadzeniem górników z Belgii Oczy jego oswajały się powoli z półmrokiem Nie chciał udzielać wyjaśnień w obecności nasłuchujących sztygarów, odciągnął wuja o parę metrów, uznał, że to jeszcze za blisko, cofnął się dalej i wreszcie szeptem opowiedział mu na ucho o zamachu, o belkach podziurawionych i poprzecinanych piłą kopalnię poderżnięto i teraz charczała w agonii Krzaki jeżyn zasłaniały walące się zabudowania kopalni Taktyka działania i całokształt posunięć wskazywały na energiczne kierownictwo Przeszkadzało im kołysanie się trupa, co kilkadziesiąt metrów musieli kłaść go na ziemi Tetrarcha nie wątpił o wiedzy Fanuela Jan zechce z pewnością być naszym pośrednikiem, póki Emil nie stanie się nim na nowo Ale najgorsze już przeszło, dzięki Bogu! Dlaczego nie przychodzicie do mnie, jeśli kto zachoruje? Ach, co znowu, gdzieżbym śmiała! Bałabym się sprawić kłopot panu margrabiemu Trzeba wszakże zostawić to wszystko za sobą na szkolnych ławach, poznać społeczeństwo i obcować z nim, zanim się je zniweczy; przekonamy się wkrótce, że jest więcej od nas warte i że postąpimy najrozsądniej, o ile się do niego nagniemy zręcznie i pobłażliwie To praca dobra dla kobiet, wymaga większej zręczności, niż my mieć możemy Emil, wyczerpany zmęczeniem i żalem, poczuł wreszcie litość nad tą kaleką duszą i tym nieuleczalnym zaślepieniem Zaszczepiliśmy przeszło pięćdziesiąt oczek, a wśród nich i zrazy, które Sylwin pozbierał u państwa na górnych tarasach ogrodu Poprowadził Emila do niskiego i wąskiego wejścia w wieżyczce z krętymi schodami i wybierając powoli klucz z wielkiego pęku powiódł go do drugich drzwi nabijanych ciężkimi ćwiekami i tak jak pierwsze również na klucz zamkniętych Zauważył tylko, że zamiast żelaznych krat, jak przystało na wielkopańską rezydencję, siedzibę otaczała zwykła drewniana bariera, podobna do tych, które ogradzały okoliczne łąki A więc, czy chciałby pan przeprowadzić mnie za sowitą nagrodą? Co to, to nie, dziękuję panu |
||||||||||
|
|
||||||||||