|
Nie myśl, że dam się zwieść |
||||||||||
|
||||||||||
|
Wnet ci rozgwarzyła się cała wieś, rozgwarzyły się izby a sienie i progi po sadach też było głośno i rojno, gdyż zasiadano do obiadów pod drzewami, w cieniach a chłodzie, że wszędy było widać jedzących, skrzybot łyżek, szczęk mich a zapachy jadła i skamłania piesków roznosiły się w skwarnej ciszy Hanka szła na przedzie, często się obzierając za ojcem, któren skulony, z okręconą w zapaskę głową, w starym kożuchu Antkowym, przepasany powrósłem, wlókł się na końcu, ledwie się poruchając pod wiatr zatykało go cięgiem, przystawać musiał co trochę by wytchnąć i obetrzeć załzawione od wiatru oczy, potem zaś w dyrdy śpieszył cicho pojękując: 208 Idę Hanuś, idę Nie bój się, nie ostanę Juści, wolałby pozostać na przypiecku, wolał, ale cóż kiej ona, biedaczka, szła, śmiałby to ostać a i w chałupie ziąb nie do wytrzymania, dzieci skwierczą z zimna, warzy już nie było przy czym zrobić, że jeno suchego chleba pojedli a tu zimny wiater tak przebiera po kościach, kieby tymi lodowymi palicami przemyśliwał dyrdając za nimi ROZDZIAŁ 11 Śpisz to, Jaguś A bo to mogę A w mojej chałupie ludzi nie następuj, bo tu nie karczma krzyczał kowal zasłaniając sobą wójta, ale Antek już na nic nie zważał, bo obu zwymyślał jak psów, trzasnął drzwiami i wyszedł Ulżyło mu rzetelnie spokojniejszy wrócił do domu, ino tym jednym markotny, że niepotrzebnie pokłócił się ze szwagrem Mróz zaś brał srogi i podnosiła się taka skrzytwa, aż w uszach dzwoniło i żeby najcichszy głos, a leciał światem całym Wywalił wrótnie i tak się w nie zaplątał orczykami, że go dopadły z bliska i dalejże prać batami, co ino wlazło Złości już do was w sercu nie chowam westchnęła ciężko Dominikowa Niech tańcują, od tego karczma odparł i wziął się znowu trącać ze starszym i kowalem, a prawić cosik A dopiero przed drugą mszą, kiej już naród skruszał nieco modleniem się, huknęły znowu organy i ksiądz zaśpiewał: W żłobie leży, któż pobieży Zebrali się przeto odprawiać nabożeństwo pod cmentarz, kaj pobok bramy stojała mała kapliczka z figurą Matki Boskiej Zanim zdążył powiedzieć trzy, przedstawiciel władzy skoczył ku oknu, otworzył je i krzyknął: Złożyć broń Policjanci stali nieruchomo, nie rozumiejąc przyczyny dziwnego rozkazu Gdzie miejsce spotkania Tu, pod dębem, o północy Proszę bardzo i tym razem być mi posłusznym Dopiero trzeciego dnia kapitan posłał mnie z listem do sędziego śledczego (sensacyjnym tonem) Sumiński wygrał milion w totka, wyobraźcie sobie państwo Na stare pieniążki to musiało jeszcze inaczej być ze sto miliardów, czy jakoś tak W każdym razie ten milion to im nie pomógł, bo już potem Sumiński tylko patrzał, jak się stąd ulotnić Przecież my, cholera, nawet nie wiemy kto tu przed nami mieszkał No bo Walusiak, Sumińscy, wszystko to ostatnie lata Może jesteśmy zgubieni oboje Tylko głowa mnie od huku rozbolała Kiedy wywikłam się z tej matni i będę zdana tylko na siebie samą, zastanowię się i nad tą sprawą Nora Mówi pan głupstwa Pan nas nie porzuci Rank nie zwracając na jej słowa uwagi Porzucić wszystko, wywołując może tylko odrobinę przelotnego współczucia, zostawić puste miejsce Stefan podbiegł, chciał wziąć ją na ręce, odnieść na bok, lecz gestem powiedziała mu, że to już koniec Ten krater wygasłego wulkanu, głęboki na piętnaście metrów, ciągnął się od drogi aż do kanału na przestrzeni przynajmniej czterdziestu metrów Wówczas Stefan powiedział, że przyniósł także i nowiny Stefan, zmieszany, wyszedł natychmiast Ścigające fale chłostały go po nogach, kąsały mu zad Teraz nasza kolej krzyknął w ostatnim porywie Zbyszek był zdolny do wszystkiego Na kogóż liczyć teraz, skoro nawet bracia ich opuszczają? Czuli się zgubieni pośród ciężkiej zimy, odcięci od świata Na szczęście padały za wysoko, mur usiany był śladami ich uderzeń Zrujnowany, w sytuacji bez wyjścia, przyjął warunki zarządu, oddał wreszcie w ich ręce tą zdobycz, na którą czekali od tak dawna, dostając w zamian sumę wystarczającą zaledwie na zaspokojenie wierzycieli Zrównać się ze zbiegiem na odległość dwóch strzałów karabinowych od osady nie było rzeczą trudną, gdyż Jan szedł powoli z głową zwieszoną na piersi, pogrążony w bolesnej zadumie Wyrzucał sobie, że nie dostrzegł dotąd nawet w połowie bogactwa jej włosów, nawet setnej części czaru jej uśmiechu, wdzięku ruchów, bezcennych skarbów spojrzenia Byłem uczniem ciesielskim, potem czeladnikiem, wreszcie po kilku latach podmajstrzym Obojgu groziło poważne niebezpieczeństwo, lecz Emil ich wyprzedził, chwycił kapelusz w locie i kładąc go na głowę pana Antoniego chwycił z kolei w objęcia czułego ojca Pan miał za żonę piękną i cnotliwą panią, wykształconą i stateczną Gdybyś jej teraz powiedział, czego od ciebie żądam, przeklęłaby ciebie i usunęła na zawsze z moich oczu Zapanowała jednak nad sobą i uciekając się do naiwnego wybiegu wstała, by sprzątnąć talerz Emila i podać mu świeży, z wdziękiem i prostotą patriarszej córy podnoszącej dzban do warg wędrowca Jakiś niejasny niepokój kierował jej kroki w tamtą stronę Urodził się pan tutaj (w najpiękniejszej 48 miejscowości na świecie), wykarmiła pana najpiękniejsza i najbardziej hoża wieśniaczka na całą okolicę, niegdyś moja przyjaciółka, choć byłam o kilka lat od niej młodsza, matka tego poczciwca Jana Jappeloup Nie myśl, że dam się zwieść |
||||||||||
|
|
||||||||||