|
Prawda, że musu nikt nie ma pomagać drugim, ale człowiek też nie by... |
||||||||||
|
||||||||||
|
Wałęsał się gdzieś po świecie Jezu, że to są na świecie takie sprawy, jaże skóra cierpnie Bo złe wszędy się czai, jak ten wilk kiele owiec Zrobiłem to, co uczyniłby nasz kapitan, mechanik lub kuk Puste i zdrętwiałe pola ożyły, potrzęsły się głosy, ze wszystkich podwórz wytaczały się wozy, wszystkimi dróżkami ciągnęły pługi, wszystkimi miedzami ludzie ruszali, a wszędy, skroś sadów i przez pola rwały się pokrzyki, leciały radosne pozdrowienia, konie rżały, turkotały rozeschłe koła, psy ujadały zapamiętale ganiając za źrebakami, a bujna, mocna radość przepełniała serca i po ziemiach się niesła i na poletkach pod ziemniaki, na jęczmiennych rolach, na rżyskach, na zachwaszczonych ugorach stawali i wesołym pogwarem, szumnie i rozgłośnie kiej do tańca Mój Boże, szukałem go od lata po wszystkich wsiach okólnych i znalazłem po śmierci Naszego Kuby szukaliśta zawołał Witek wzruszony : Noc cicha, mroźna, granatowa, osypana gwiazdami, jakoby tym piaskiem srebrnym, obtulała zaśnieżoną ziemię, drzewa stały bez ruchu, pochylone pod ciężarem śniegów, uśpione, niepojęte w tej cichości, jaka się rozlewała nad światem, niby białe cienie widm, niby stężałe opary, śniegi skrzyły się ledwie uchwytnie, głos wszelaki zamarł, że tylko coś, jakby szelest drgających gwiazd, jakby tętna ziemi przemarzłej, jakby senne dychanie drzew zmartwiałych drżało w mroźnym powietrzu Inni to byli półdzicy żeglarze, żądni złota i krótkich, silnych, burzliwych wrażeń na lądzie, gdy po kilkumiesięcznej, znojnej, wyczerpującej pracy na morzu rzucali nareszcie gruby tał czeladzi portowej, która cumowała statek, mocno przywiązując go od dzioba i rufy do słupów przystani; marzyli o tym nadbrzeżu z jego szynkami, tawernami, domami gry, gwarem, muzyką i rubasznymi, wesołymi dziewczynami, łakomymi na amerykańskie dolary, angielskie funty i ciężkie hiszpańskie durosy Ogłuchła, niema cisza obtulała rozzłoconą ziemię Prawda, że musu nikt nie ma pomagać drugim, ale człowiek też nie bydle, żeby zdychał pode płotem Proszę to zaprotokołować, panie sędzio polecił Cortejo Helmer powinien dowiedzieć się o wszystkim; ta nieszczęsna tajemnica musi wyjść na jaw, musi wyjść na jaw, musi dojść między nimi do szczerej, otwartej rozmowy Pani Linde nasłuchuje Cicho Tarantela Niech pan idzie stąd, proszę pana o to Krogstad Dlaczego Co się stało Pani Linde Słyszy pan na górze ktoś tańczy tarantelę Pluto, Polluks, aport Już miał wystrzelić, gdy Mariano skoczył na niego, chwycił jedną ręką za gardło, drugą zaś wytrącił mu strzelbę Chwała Bogu wyszeptał Światła rzekł kapitan do swoich ludzi Tak minęło parę tygodni w spokoju niczym nie zmąconym, wśród spacerów, przejażdżek konnych, lektury książek WALDEK A zauważyłeś jaka ona jest wścibska Od razu zaczęła zasuwać o Grossmanowej i Sumińskich Niechaj wszyscy obecni potwierdzą to podpisami Był on jednak zjawiskiem trochę niepokojącym: wyniszczony czterdziestoma latami pracy w kopalni, pokręcony, nogi miał zesztywniałe, twarz ziemistą Dostała przed godziną silnego krwotoku z nosa, poszła obmyć twarz zimną wodą i do tej pory nie wróciła Zawali się! A gdyby nawet, to i co! Nieraz się już zawalało i jakoś dawali sobie radę Byli na miejscu Choćby naiwne Nie wiedzieli, czym mają zastukać w odpowiedzi Stanął zdumiony Mouquette śmiała się również, nieprzyzwoita i wyzywająca w opiętym kombinezonie, podkreślającym jeszcze nadmierną wypukłość jej kształtów Później przez te przeklęte nogi przeznaczyli mnie do kopania ziemi, przesypywania miału, do rozmaitych poprawek, aż wreszcie musieli mnie zatrudnić na wierzchu, bo doktor powiedział, że im, tam zdechnę Ten i ów krzyknął jeszcze: Niech żyją żołnierze! Do szybu oficera, lecz wkrótce słychać już było jeden tylko okrzyk: Czerwone spodnie precz! Żołnierze, którzy niewzruszeni, z twarzą nieruchomą i milczącą przyjmowali braterskie wezwania, przyjazne próby zjednania ich sobie, pod gradem zniewag zachowali tę samą martwotę Nie wdał pan się wcale w swego ojca Tęgi chłop z niego pomyślałem podoba mi się ta jego pewność siebie, chociaż w tym jego spokoju kryje się pogarda, coś niby śmiech szatański Spotkał Sylwina Charasson, który mierzył głębokość rzeki Creuse Przesadnie wysoki wykrochmalony kołnierz, podnoszący niemal aż do oczu długie, białe jak śnieg faworyty, nadawał jego twarzy kształt trójkąta Zapomniałem o tym, powinienem był wcześniej tu zajrzeć Kobiecina wręczyła jej zawiniątko nic nie podejrzewając, Gilberta bowiem była zmuszona ukryć swe zamysły przed upartą Janillą, po czym napisała list, który pokazała ojcu W takim razie rzekł Galuchet wstając od stołu gdyby pan Antoni chciał się trochę przejść, gotów jestem ofiarować ramię pannie Gilbercie, a zobaczymy, czy nie potrafię iść prosto A co za aromat, mój panie! Zobaczy je pan jesienią! A tu wiśnia, nieźle obsypana, co? Zdaje mi się, że starzy jeszcze na coś się zdadzą! Trzeba tylko wiedzieć, jak się przycina drzewa Nie było już najmniejszych podstaw do niepokoju Ciekawi zaczęli napływać |
||||||||||
|
|
||||||||||