|
Człowiek staje się wymagający wobec tych, których szanuje, gotów by... |
||||||||||
|
||||||||||
|
Rozdział VI SREBRNE MIASTO Po zachodzie słońca powróciła pierwsza zmiana I leżała samotnie w przyćmionej izbie pojękując jeno i skarżąc się cichuśko, że nie dopuszczają do niej dzieci ni żadnej z przyjaciółek, gdyż Jagustynka, mająca ją w opiece, kijaszkiem odganiała każdego Juści, że się jej strasznie ckniło Cóż, że święta czuć było wszędzie, że ludzie się roili, że śmiechy i krzyki trzęsły się nad wsią, że nawet po szarych polach czerwieniały kobiety i piesneczki kajś niekaj dzwoniły jej było smutnie i tak ckno czegoś, że już wytrzymać nie mogła Bójcie się Boga, dyć przyjdźcież wieczorem, a znajdzie się jeszcze w chałupie jaki korczyk ziemniaków Teraz dopiero przejrzałem was Wieczór był cichy, tylko niekiedy wiater przegarnął i zaszumiały drzewa, czasem zatrzeszczały płoty, brzęknęły szyby lub Łapa zawarczał jeżąc się groźnie, a potem wlekły się długie, nieskończone, zgoła grobowe cichoście Wyszedł do nich przed dom i siedząc na przyźbie rozpowiadał co się był o każdym z osobna wywiedział, i choć nic złego nie mówił, a to babskie ciche chlipanie jęło się wzmagać w gromadzie, gdzie zaś i płacz głośny, a gdzie i słowo żałośliwe się wyrwało A potem zaś na wieś poszedł wstępując do każdej prawie chałupy, a widział się jako ten świątek z ową białą brodą i wzniesionymi oczyma, któren wszędy niósł te słowa pociechy, a kaj wstąpił, to jakby jasnością napełniały się izby, a w sercach zakwitały nadzieje i dufność krzepiła chwiejne, ale i łzy rzęsiściej płynęły, i odnowione wspominania ciężej przygniatały, i żałośliwość tęskliwiej wstawała Bo prawdę była rzekła wczoraj Kłębowa do Agaty, iż wieś stała się podobna do grobu otwartego prawda, bo niby po zarazie widziało się w Lipcach, kiej to większą część narodu wywiezą pod mogiłki albo zaś i wtedy, kiej to wojna przetratuje a chłopów wybije, że jeno po chałupach opustoszałych ostają babie lamenty, dziecińskie płacze, wyrzekania i te wzdychy, i ta żywa a silnie boląca pamięć krzywd Dlaczego nic nie mówicie Nilsen westchnął i szepnął Niech los radziOn jeden może wyjaśnić i rozstrzygnąć wszystkoCzłowiek tu nic nie poradzi, bo inaczej dawno nie żylibyście już, Pitt Hardful, poszlibyście w ślad za Mito, Ikonenem i innymi, z którymi mogłem walczyć i zwyciężać Nic ja na to nie poradzę w takim razie rzekł z goryczą Pitt Banda długo się nie rozchodziła i stała milcząca, zamyśloną Potoki słonej, spienionej wody przelewały się przez pokład i wdzierały się do hali maszynowej, aż trafiły do dynamo, i w jednej chwili zgasiły światło w głębi statku, gdzie nie dochodziły blade promienie nie gasnącego polarnego słońca Dziwne, prawda Słyszę jakieś dźwięki, co to takiego To moje instrumenty W tej samej chwili doktor zdzielił go pięścią w głowę tak mocno, że Cortejo padł nieprzytomny na ziemię Helmer Żeby ze mną pomówić Pani Linde Właściwie nie Może uleczy naszą biedną hrabiankę Nie czas na żarty odparł surowo Herman Proszę teraz nie wchodzić do Torwalda, jest bardzo zajęty Tak, to honorarium już nie hrabiowskie, ale królewskie Siadaj, Remek A ty, Waldek, powiedz teraz co to była za baba WALDEK (odrobinę niespokojnie) Ależ jaka baba, kochanie DOROTA No ta (sięga po wizytówkę) Ewa Grossman z Nowego Jorku WALDEK (nagle zrozumiał, węszy) 15 Czekaj minęliśmy jakąś kobietę na dole Tylko nie myśleć Trzeba doprowadzić do porządku mufkę Pani Linde Brzydkie Rank W takim razie nie radzę Zdziwił go trochę brak komputera i już chciał zacząć rozmowę na ten temat, kiedy zobaczył coś dziwnego w jednej z uchylonych szuflad Dwie trzecie zebranych powstało z ław; krzyczeli, chcieli mu przerwać oburzeni, że traktuje ich jak dzieci, które nie potrafią same sobą kierować Dom Deneulinów, stary budynek z cegieł położony w głębi obszernego, zaniedbanego ogrodu, który dzielił go od kopalni Jean-Bart, pogrążony był we śnie, milczący i ciemny Dobrze, zaraz tam przyjdę odparła Cecylka I nie ona jedna Porozmawiała jeszcze z kwadrans, po czym wybiegła wołając, że musi ugotować dla swoich zupę W baraku Maheu zdejmował saboty i grube wełniane pończochy siedząc koło swojej szafki Biła dwunasta, kiedy zasiedli do posiłku Wieczorem, przed zgaszeniem światła chodzili rozebrani po pokoju, Katarzyna nie śpieszyła się już i jak dawniej splatała włosy siedząc na krawędzi łóżka w koszuli podciągniętej wysoko, aż na uda, a Stefan, bez spodni, pomagał jej czasem, szukał szpilek, które upadły na podłogę Przeniknięci chłodem rywalizacji przestali krzyczeć; słowa ich stały się ostre i złe I nie wiedząc, jak się wziąć do rzeczy nie chciał bowiem, by posądzono Gilbertę, że pyszni się swym nazwiskiem, lub narazić ją na zarzut, iż niechęcią zraniła czyjeś serce wybrnął z tego w taki sposób, że nie dał wyraźnej odpowiedzi i poprosił o czas do namysłu Pochodzi z Brenne, dobra to rasa, silna i wytrzymała Przyroda przebyła zbyt silny i zbyt gwałtowny wstrząs, by nie pozostały po nim ślady jakichś niezwykłych zaburzeń atmosferycznych Pozorny chłód wszakże, cechujący obu tych ludzi, nie stanowił jeszcze o podobieństwie ich charakterów Ach, nie! wykrzyknęła pani Cardonnet Wehikuł ów mógł pomieścić trzy osoby; Sylwin Charasson siedział pośrodku i z fantazją (było to jego ulubione wyrażenie) powoził spokojną Latarnią Widzi pan, zerwało już kładkę, do diabła! Niech pan robi to co ja, inaczej będzie po panu A niby jak? Mam pana uderzyć? To by nas nie skwitowało, byłbym zawsze pańskim dłużnikiem, a nie chcę nic panu zawdzięczać Ach, już teraz rozumiem, dlaczego pan, który nigdy nie wychodzi ze swego parku, zapuścił się tak daleko Człowiek staje się wymagający wobec tych, których szanuje, gotów byłbym prawie powiedzieć wobec tych, których podziwia, gdybym nie obawiał się, że urażę tym pańską skromność |
||||||||||
|
|
||||||||||