|
Przesadzasz doprawdy, traktujesz mnie jak dziecko! Więc to tak! ż... |
||||||||||
|
||||||||||
|
Widać już do cna ogłupiał Obaczcie czy nie wracają, dziecko mi zagłodzą W kościele przesiaduje, a chytra na grosz kiej ten Żyd Zobaczył ją dopiero nazajutrz na pogrzebie Jagaty, tak patrzała w niego przez całe nabożeństwo, jaże litery skakały mu w oczach i mylił się w śpiewaniach, a kiej ciało prowadzili na smętarz, to nie bacząc na groźne spojrzenia organiściny, szła prawie pobok niego, że nasłuchując jej żałośliwych wzdychów topniał w sobie kieby śnieg pod tym zwiesnowym słońcem Drzwi chałup trzaskały, ludzie w dyrdy a na pół odziani wpadali na drogi, a coraz większą kupą cisnęli się na most przed młynem, skąd widać było najlepiej, że może w jakiś pacierz cała wieś już się stłoczyła Nazajutrz kole południa wszedł do izby Jambroży Ludzi bogatych, życzących wnieść znaczne kapitały do przedsiębiorstwa, namówił do założenia sklepów i składów handlowych na terenie robót, spodziewając się, że wyrastająca w ten sposób osada stanie się zawiązkiem przyszłego miasta Wiatr już z niemałą mocą zawiał i rymnął w sad, że wszystko wokół jęło się chwiać, szeleścić, trząchać, kołysać i jakby zaglądać w Borynową siną twarz patrzył w niego dzień mgławy, zaglądały rozchwiane drzewa, zaś one wysmukłe, gibkie malwy kiej dzieuchy chyliły się przez okna w pokłonach głębokich, a ze dworu raz po raz wpadała z brzękiem pszczoła, to motyl leciał wprost na światło, to jaskółka zbłądziła świergocąc lękliwie, to nie 435 sły się muchy, przypełzały żuczki i wszelaki Boży stwór, a wraz z nimi spływał do izby cichy brzęk i szum, i trzepot, i ćwierkania, kieby ten jeden głos żywej, serdecznej żałości: Pomarł Pomarł Pomarł I co jeno żyło, trzęsło się, łkało i zanosiło, jakby w przytłumionym srogim lamencie aż ścichło z nagła i trwożnie, wiater ustał, wszystko przytaiło dech i padło na twarz w proch ziemi, bo oto ze świtowych szarości wzeszło słońce czerwone i ogromne, wyniesło się nad świat, ogarnęło go władnym, żywiącym okiem i skryło się w skołtunione chmurzyska Hale, bałabym się ta Znowu zamilkli i szli tak przy sobie, że biodro w biodro, ramię w ramię A oczy to się wam świcą jak temu wilkowi aże dziwno 59 Będziesz w niedzielę na muzyce u Kłębów A bo to matka mi dadzą Przyjdź, Jaguś, przyjdź prosił cichym, przyduszonym głosem 36 A gazety to co dnia stójka przynosi dorzuciła Hanka Zabawimy na balu mniej więcej do drugiej Świetnie się składa szepnął do siebie No i bardzo się zdziwiłam, bo myślę sobie po co mieszkanie remontować, jeśli ma być sprzedane WALDEK (wchodząc gwałtownie) A niby dlaczego ma być sprzedane, pani Kobielowa, co Widzę, że ktoś jakichś plotek pani o nas naopowiadał KOBIELOWA A Boże broń, panie Waldku Tak, tak, Noro, to dziedziczne 4 Dzień dobry, panno Lizo I nie jest do kupienia Hrabia Alfonso, któremu Cortejo opowiedział, co zaplanował z Cyganem, począł się obawiać, że Garbo wygada się w więzieniu (obejmuje ją Mój skowronek to najmilsze stworzenie pod słońcem, ale pochłania moc pieniędzy I co z tego Siły mnie opuściły, głód mnie zmógł i oto z dnia na dzień jestem spokojniejszy, aż mnie wyciągną kiedyś z tej celi i wrzucą do dołu KOBIELOWA No właśnie, właśnie, wszystko się zgadza Ech Powinien być A ty tu czego? Wyjąkała, że nie ma renty, więc chce pracować Zaledwie może dziesięciu podjęło pracę, Pierron i paru innych szpiclów w jego rodzaju; gdy szli do kopalni i gdy z niej wracali, odprowadzały ich posępne spojrzenia, lecz nie padła żadna pogróżka, nikt nie poruszył się nawet Zadzwonił jeszcze raz, po chwili osobnik był już na schodach, naprzeciwko Piotrka Mogłaby jeszcze zrozumieć coś podobnego dawniej, kiedy była młoda Marzenie zataczało coraz szersze kręgi, tym piękniejsze i bardziej kuszące, im trudniej osiągalne Wszyscy zachowywali się swobodnie Mówi coś, a później czeka chwilę, żebyś ty mógł coś powiedzieć Po zamglonym niebie, brudnoszarym, przepływały chmury koloru rdzy To straszne przypuszczenie do reszty odebrało im rozsądek i biegli teraz wszyscy na wyścigi, aby jak najprędzej wydostać się na powierzchnię Tak, panie margrabio, mam zaszczyt złożyć panu moje uszanowanie Emil został sam ze swoim gospodarzem w pustym, ogromnym parku Jeśli nie znajdziemy tego, którego szukasz, postaram się go zastąpić bez zbytniej szkody! Gilbera, przerażona tą grubiańską mową, zaczęła biec Przeczuwał, że przyjdzie dzień, kiedy jego częste wizyty nie ujdą uwagi Można było łatwo zrozumieć, że jedynie tacy dwaj starcy zdolni byli żyć razem nie ciążąc sobie nawzajem, tak mało było w obu widomego życia Gilberta śmiała się, by ukryć zmieszanie lub je rozproszyć Przeciwnie, z szacunkiem i zaufaniem, pełen najlepszych intencji i zamierzeń przychodzę prosić cię o słowa prawdy, o radę, o przykład i o pomoc W miarę jednak jak trącał się z nimi szklanką, umysł jego mącił się coraz bardziej, zaś grubiańska natura brała górę nad pozorną ogładą: śmiał się na całe gardło, walił pięścią w stół, głośno rozprawiał, chełpił się swymi sukcesami, w końcu zaczął zachowywać się tak nieprzystojnie, że Janowi, który był równie delikatny w sercu, jak rubaszny w obejściu, żal się go zrobiło i palnął mu surowy morał z miną nagle spoważniałą i oziębłą Wierzył szczerze, że rozumuje logicznie, że jest wyznawcą jedynej dopuszczalnej i możliwej do urzeczywistnienia prawdy Przesadzasz doprawdy, traktujesz mnie jak dziecko! Więc to tak! żywo odpowiedziała Janilla teraz pan z kolei szuka ze mną zaczepki! Niech i tak będzie, to już taki widocznie dzień, że wszyscy sobie mówią prawdę w oczy |
||||||||||
|
|
||||||||||